◽️ Znowu ten sam ja, powtórnie w tym samym miejscu i oczywiście jednakowo w tym celu, co zawsze, co roku. Powiedziałbym nawet, że nic nie uległo zmianie w ciągu minionego sezonu, ale skłamałbym. Najbezpieczniejszym rozwiązaniem byłoby po prostu przyznanie, że niekoniecznie-inny-ja siedzę w odrobinę innym miejscu i nic więcej. Poważnie. Modyfikacji uległo chyba tylko pole widzenia, ponieważ my się w rzeczywistości nie zmieniamy i nie jesteśmy innymi ludźmi. Jesteśmy ci sami, tylko po modyfikacji kolekcji doświadczeń.
◽️ Zanim zacznę zagłębiać się w szczegóły - wspomnę pokrótce o latach poprzednich, tak dla zachowania prawidłowego cyklu i kształtu wpisów z konkretnie tej serii. Jeśli chodzi o rok 2015, to z aktualnej perspektywy... mogę powiedzieć o nim tyle, że był zmarnowany, żałośnie dłużący się i maksymalnie rozlazły ze względu na moje własne lenistwo. Przedtem naturalnie twierdziłem inaczej, ale to bzdura. Kolejna ofiara, 2016, również nie przejdzie do historii z orderem jakości, uśmiechu, czy jakimkolwiek innym wyróżnieniem - ona po prostu dała mi się calutka przegapić przez to, jak szybciutko popędziła przed siebie. W roku 2017 głównie się leczyłem, duchowo. Wiecie, lizałem rany i siedziałem wlepiony w okno, co teoretycznie miało mi pomóc w poskładaniu myśli, które i tak nie nadawały się do sklejania ani nawet do tak namiętnego przeglądania po czasie.
◽️ Dobrze, teraz zajmiemy się naszym prawdziwym gwoździem
◽️ Jeżeli szukacie duchowej przygody, to od razu uprzedzam, że najpewniej jej tutaj nie znajdziecie, ale przynajmniej będziecie mogli trochę poczytać sobie o przyziemnych perypetiach kogoś, kto uczy się bycia ludzkim, ale nie uczy się przy tym na błędach. To znaczy - bycie cywilizowanym i te sprawy. To będzie najbardziej zmaterializowany, zakrapiany potem i doprawiony pochopnymi decyzjami wpis w dziejach bieżącego milenium. Gorzej być nie może. No chyba, że dodamy tutaj wątek irracjonalnego strachu przed czymś w rodzaju niemożności przetrwania (tak, dodamy to).
