✨ Właściwie chciałbym w jakikolwiek sposób usprawiedliwić własną nieobecność, ale logiczna wymówka nie istnieje, a nie wypada tak zwalać wszystkiego na zimowy letarg. Tak jakoś wyszło, że przepuściłem cały ten czas między palcami i dopiero teraz sobie bezceremonialnie wróciłem. Sam nie wiem, to jak takie używanie respiratora w nieskończoność, ale nie szkodzi. Dobrze wiem o tym, że wizja pastwienia się teraz nad moim niedbalstwem jawi się jako coś niezwykle nęcącego, jednak zostawię to sobie na kolejny raz.
✨ Dwa tysiące siedemnasty wiosna-lato-jesień-zima minął w mgnieniu oka i został natychmiastowo wyparty przez dopiero wylęgający się dwa tysiące osiemnasty cykl. Czy to nie niepokojące? Zawsze miewałem szczerze mieszane uczucia w temacie ósemek, dlatego Nowy Rok wywołuje u mnie przede wszystkim bliżej niezidentyfikowany respekt. Ciarki przechodzą mnie na samą myśl o tym, co spotka mnie takiego ósmego sierpnia o ósmej osiem, przyrzekam. To może być coś naprawdę interesującego, dlatego ostatecznie przestałem kurczowo trzymać się przeszłości i pozwoliłem sobie na podryfowanie w siną, nieznaną dal. W każdym razie- zanim tak sobie odpłynę na dobre- zapraszam do wspólnego obejrzenia się za siebie. To będzie naprawdę nieciekawe.
✨ O ile pra-poprzednie 366 dni (te z szesnastką na końcu daty) zapisało się na kartach mojej osobistej historii jako "czas dynamiczny, bez momentu wytchnienia i bez ani krzty przestrzeni dla rozwoju wnętrza głowy", tak zeszłe 365 nazwałbym raczej "okresem leczenia ducha i uzdrawiania temperamentu". Możecie mi wierzyć lub nie, ale czuję się tak, jakbym dopiero co wyczołgał się z jakiejś obskurnej speluny po serii wyjątkowo intensywnych egzorcyzmów, przeprowadzonych przez kapłana-amatora. Jeśli naprawdę miły głos w Waszych głowach ciągle sugeruje Wam subtelnie, by pozostać ze mną do końca- uprzedzam, że będzie to nieco skomplikowane.
✨ Dwa tysiące siedemnasty wiosna-lato-jesień-zima minął w mgnieniu oka i został natychmiastowo wyparty przez dopiero wylęgający się dwa tysiące osiemnasty cykl. Czy to nie niepokojące? Zawsze miewałem szczerze mieszane uczucia w temacie ósemek, dlatego Nowy Rok wywołuje u mnie przede wszystkim bliżej niezidentyfikowany respekt. Ciarki przechodzą mnie na samą myśl o tym, co spotka mnie takiego ósmego sierpnia o ósmej osiem, przyrzekam. To może być coś naprawdę interesującego, dlatego ostatecznie przestałem kurczowo trzymać się przeszłości i pozwoliłem sobie na podryfowanie w siną, nieznaną dal. W każdym razie- zanim tak sobie odpłynę na dobre- zapraszam do wspólnego obejrzenia się za siebie. To będzie naprawdę nieciekawe.
✨ O ile pra-poprzednie 366 dni (te z szesnastką na końcu daty) zapisało się na kartach mojej osobistej historii jako "czas dynamiczny, bez momentu wytchnienia i bez ani krzty przestrzeni dla rozwoju wnętrza głowy", tak zeszłe 365 nazwałbym raczej "okresem leczenia ducha i uzdrawiania temperamentu". Możecie mi wierzyć lub nie, ale czuję się tak, jakbym dopiero co wyczołgał się z jakiejś obskurnej speluny po serii wyjątkowo intensywnych egzorcyzmów, przeprowadzonych przez kapłana-amatora. Jeśli naprawdę miły głos w Waszych głowach ciągle sugeruje Wam subtelnie, by pozostać ze mną do końca- uprzedzam, że będzie to nieco skomplikowane.
- P O D S U M O W A N I E 2 0 1 7-go R O K U -
✨styczeń✨
Pierwszy miesiąc już w swojej początkowej fazie przysporzył mi jedynie zmartwień- nie jakiś szczególnie namacalnych, jednak czułem się fatalnie. Już w sam noworoczny poranek doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że święci się coś nad wyraz niesmacznego, co i tak będę musiał ostatecznie przełknąć. Nie myliłem się. Lodowaty styczeń przyniósł nie tylko początek przeziębienia-molocha, z którym później walczyłem długie tygodnie, ale zaistniał również jako punkt startowy dla jednego z większych kryzysów wewnętrznych, jakie gniazdowały u mnie w głowie. Chyba nigdy wcześniej nie byłem aż tak zmęczony realiami, psującą się relacją z kimś "bliskim" (na tamten moment) i mną samym. Wróciło nawet moje natręctwo o charakterze fobii w temacie bakterii (a więc i chorobliwe dbanie o higienę). Pamiętacie te rzeczy, które tak często powtarzamy sobie o szkodliwych znajomościach? Tak, dokładnie tak- należy się od nich odcinać, uciekać, no i najlepiej jeszcze przy tym krzyczeć z całych sił. Tylko co zrobić, jeśli na pewnym etapie okaże się, że nie tylko druga strona "pogmatwanej relacji", ale i my sami jesteśmy dla siebie tą legendarną "toksyczną osobą"? Pierwsze trzydzieści jeden dni dwa tysiące siedemnastego roku przyniosły mi właśnie taki, a nie inny wniosek- że szkodzę sam sobie, wyjątkowo mocno. W każdym razie, nawet jeśli dwoiłbym się i troił, to raczej nie osiągnąłbym niczego poza niemożnością wystąpienia samego z siebie, co dałoby efekt jeszcze większej frustracji i poczucia uwięzienia. To zwyczajnie abstrakcyjne, delikatnie tragiczne.
✨luty✨
Ten czas zapisał się w kronikach mojego życia jako dokładnie ta chwila, w której zdołałem przypadkowo odkryć doskonały przepis na unieszczęśliwienie samego siebie. Rekomenduję. Z dnia na dzień zanurzałem się w potrzebie całkowitej izolacji, coraz bardziej i bardziej... a paradoksalnie, wciąż usiłowałem wesoło udawać, że doskonale idzie mi przestawianie własnych trybów w kierunku bardzo towarzyskim. Doprawdy, wtedy mógłbym za jednym zamachem napisać rzetelny poradnik na temat sabotażu swoich realnych uczuć. Nie wiem, skąd wzięła się u mnie tendencja do myślenia, że jeśli coś jest dla mnie "takie i takie", to pewnie przesadzam i realnie bywa zupełnie inne. Wcześniej takie pomyłki mnie nie dotyczyły, nie w kwestii relacji międzyludzkich, które z łatwością selekcjonowałem. W każdym razie, mimo upartego auto-zakrzywiania obrazu rzeczywistości- musiałbym być chyba upośledzony, by nie zauważać tego, jak fatalny wpływ miał na mnie X (przez co ja sam również przyjmowałem fatalne cechy i dopuszczałem się zachowań, których dziś jest mi dogłębnie wstyd). Nagle wykwitła pierwsza poważna myśl o zakończeniu relacji, o której teraz piszę tutaj litanię.
Poza co najmniej nieidealną sferą towarzyską- fizycznie również miałem się gorzej. Funkcjonowanie "umilały" mi ciągłe zawroty głowy, kłopoty z nieprzemijającym zapaleniem ucha i bóle w klatce piersiowej. Straciłem apetyt, odporność, masowo traciłem włosy i energię. Na pewnym etapie zacząłem nawet myśleć, że może to i lepiej, choć jednak żal byłoby nie doczekać sierpniowego roju spadających gwiazd.
Poza co najmniej nieidealną sferą towarzyską- fizycznie również miałem się gorzej. Funkcjonowanie "umilały" mi ciągłe zawroty głowy, kłopoty z nieprzemijającym zapaleniem ucha i bóle w klatce piersiowej. Straciłem apetyt, odporność, masowo traciłem włosy i energię. Na pewnym etapie zacząłem nawet myśleć, że może to i lepiej, choć jednak żal byłoby nie doczekać sierpniowego roju spadających gwiazd.
✨marzec✨
Przeminęły najbardziej srogie mrozy, co chyba w jakiś sposób sprawiło, że i mój zdrowy rozsądek odmarzł i przynajmniej częściowo odzyskał rację bytu. Słyszeliście o tym, że umierający ludzie często odczuwają nagłą poprawę, gdy są u schyłku swego czasu? Tak tylko mówię. Diametralnie zmieniłem perspektywę oglądania czegokolwiek (ale wciąż z dobrą miną do złej gry). Nie był to niestety upragniony koniec wielu zawiłych scenariuszy w życiu osobistym, jednak nadal uważam, że marzec zasłużył na trofeum za osiągnięcie "trzeźwego zerknięcia na problem, zdiagnozowania go i orzeczenia, że miło by było go kiedyś wyeliminować". W przeciągu kilku dni straciłem sentyment do X, a moje myśli zakręciły się wokół niepokoju o zdrowie i życie, które praktycznie nigdy nie chciały współpracować z moją osobą. Wolne chwile poświęcałem dorywczej pracy i rozmowom z kimś, kto prawdopodobnie zapobiegł mojej potencjalnej utracie zmysłów. Sam nie wiem, czy personalnie zależało mi jeszcze na podniesieniu się z dołka, czy dźwignąłem się z niego wiedziony jedynie wolą osób trzecich. Los przywiódł mnie nawet do gabinetu dietetyka, co miało pomóc mi w ogarnięciu własnego niezbyt rozsądnego metabolizmu, niedoborów i innych gadów.
✨kwiecień✨
Wcześniejsze przygnębienie ustąpiło miejsca złości. W moje posiadanie wpadł realny plan odzyskania tego, co zawsze tak bardzo ceniłem- swobody istnienia (choć to pewnie pojęcie względne i temat zdecydowanie na inny raz, gdzieś w przyszłości). Pierwszy raz dałem X stanowczo do zrozumienia, że chciałbym już tak bez niego, tak normalnie, co niestety nie do końca wyszło. Dziś patrzę na ten incydent z chłodną trzeźwością, ale wtedy wizja ewentualności, że ktoś mógłby targnąć się "przeze mnie" na własne życie, nieco mnie przerastała.
W przyrodzie rozpadowi często towarzyszy powstawanie rzeczy zupełnie nowych i tym samym zmierzam do faktu, że i mnie ta niepisana reguła nie pominęła. Moja dotychczasowa rutyna kruszyła się w najlepsze, jak zdecydowanie zbyt rzadko podlewany kwiat, a zdrowie upadało na łeb na szyję, podczas gdy ja tak sobie trwałem w zawieszeniu. Z jednej strony, najchętniej oddałbym wtedy popisowy skok na główkę w jakiś betonowy ocean, a z drugiej strony, to powolutku pochłaniało mnie wrażenie absolutnej symbiozy z kimś i nowym i starym wśród ludzi, których poznałem.
✨maj✨
Pierwszy realnie ciepły miesiąc, którego nadejście świętowałem ze szpitala. Pamiętam wyraźnie, że w dzień zabiegu nie opuszczało mnie przeczucie, że być może właśnie w tak żałosny sposób utną mi mój czas tutaj, tak raz na zawsze. Uśmiech nie schodził mi jednak z twarzy, tak mimo wszystko. To było intrygujące, rozpaczliwe, ale i zabawne przeżycie. Bałem się, jednak coś nie pozwalało mi tego okazać. Spokojnie zasnąłem i dopiero w momencie przebudzenia ogarnęła mnie panika. Świat pulsował i migotał w moich ślepiach, nie mogłem przypisać tych obrazów ani jawie, ani sennym marom. Tęskniłem za białym dniem.
Niedaleko po ekscesach opisanych wyżej, gdy tylko wydobrzałem- wróciłem do uczęszczania na zajęcia w szkole medycznej. Odbyłem nawet praktyki zawodowe, które... o ironio, utwierdziły mnie jedynie w obawie przed pracą z ludźmi.
✨czerwiec✨
Minął okrąglutki rok od momentu, w którym warunki mojego bytowania we własnym domu uległy przygniatającej zmianie. Wybiło pełne dwanaście miesięcy mieszkania nie-w-samotności, a decyzja o adopcji moich dwóch kuzynek przybrała definitywny charakter. Terminy rozpraw sądowych gęsto rozproszyły się po calutkim kalendarzu. A, zapomniałbym - w końcu sprawiłem sobie rower. Naprawdę. To jest fakt zasługujący na miejsce w podsumowaniu noworocznym.
✨lipiec✨
W tym czasie mój żywot zdecydowanie rozgrzał się do czerwoności i wystrzelił na przód, jak rakieta pierwszej jakości. Przyjechał do mnie X, głownie po to, bym na podstawie tego spotkania mógł ostatecznie postanowić cokolwiek (i udało się, postanowiłem swoje, co później niekoniecznie przypadło do gustu drugiej stronie). Jakoś po drodze pokonałem swój długowieczny lęk (nie bez przeszkód) oraz braki w umiejętnościach integrowania się z innymi i po latach przerwy- pojechałem na warszawski konwent (Animatsuri). Cały ten wypad dał mi wiele do myślenia, jakkolwiek dziwacznie to teraz brzmi, bo z reguły eventy mangowe nie sprzyjają filozoficznym konkluzjom. Odżyłem, a w moim umyślnie ponownie ukorzeniła się jakaś prowizoryczna pewność kontroli w kwestii tego, jak operuję swoimi działaniami. Pod koniec miesiąca zdarzył mi się jeszcze jeden wyjazd, tym razem czysto terapeutyczny, na który pokierowano mnie wraz z kuzynką i tam też finalnie dostąpiłem zaszczytu zregenerowania sił.
✨sierpień✨
Chciałbym upiąć tę część opowieści w jak najbardziej adekwatny sposób, jednak obawiam się, że to ponad moje siły. Najlepiej będzie, gdy najzwyczajniej w świecie napiszę, że jestem bardzo wdzięczny sierpniowi, że się w ogóle przytrafił. Nagle, tak w jednej chwili, poraziło mnie uzdrowienie mentalne.
Po raz kolejny udałem się w podróż do stolicy i spotkałem kogoś, bez kogo najpewniej nie udźwignąłbym swojej głowy, gdy tak bardzo ciążyły mi w niej zbędne elementy. Pojąłem ogrom spraw, które zawsze leżały poza moim zasięgiem i odzyskałem spokój. Zakończyłem przykry proces gubienia członów własnej tożsamości, a ogół tych dni uczciłem pierwszym tatuażem.
✨wrzesień✨
Dwudzieste urodziny mięsnego akwarium, w którym trzymam własny rozum i zyskanie przekonania, że pewne aspekty mojego życia uległy zmianie na dobre. Z czasem zacząłem na nowo oddawać się swoim pasjom, odzyskiwać zaangażowanie w cokolwiek, podreperowałem nawet więzi z osobami, które w niedalekiej przeszłości traktowałem w zdecydowanie nie taki sposób, którym można by było się chwalić. Ponadto, na drodze przypadku otrzymałem potwierdzenie, że zakończenie relacji z X jest dobrym posunięciem, gdyż okazał się on osobą bardziej obłudną niż śmiałbym podejrzewać. Do teraz najbardziej przewrotnym szczegółem w tym wszystkim jest dla mnie to, że oczerniając mnie przed różnymi ludźmi- tak naprawdę X opowiadał łagodniejszą wersję tego, co właściwie sam robił. Wspominam o tym, ponieważ uznałem to za kluczowy moment mojego obrócenia złych doświadczeń w zabawną anegdotkę.
✨październik✨
Ostatnia rozprawa sądowa w sprawie przyznania opieki prawnej nad moimi dwiema kuzynkami i dalsza część pracy nad przywróceniem pionu swojemu umysłowi. O ile wcześniej tylko pogrążałem się w odosobnieniu, tak w październiku zacząłem zyskiwać jakieś zaufanie i wiarę w to, że może jednak całkowite zdziczenie nie jest mi pisane. Upewniłem się w kwestii nieśmiałej myśli, że być może istnieje ktoś kompatybilny do wyjątkowo skomplikowanej natury, którą niestety z całych sił reprezentuję, nieprzerwanie. Podejrzewam, że mój cały życiowy pech wziął się tylko i wyłącznie z tego, że należałoby zachować zdrowe proporcje i zrównoważyć czymś tego jednego jedynego, ogromnego farta.
✨listopad✨
Przedostatni miesiąc przyniósł mi sporo zmartwień, gdyż u mojego psiego kumpla ujawniły się dolegliwości jednoznacznie wskazujące na padaczkę. Na chwilę przyszłość przystanęła sobie u mnie koło olbrzymiego znaku zapytania.
✨grudzień✨
Ostatnie tygodnie okazały się dla mnie pierwszymi w zawodzie florysty. Poza oczywistymi walorami szkolenia w dziedzinie obcowania z kwiatami- nabyłem zapas odwagi na przyszłość i szczerze uwierzyłem, że być może mój przypadek nie jest aż tak beznadziejny i że podołam- ogólnie, z trwaniem tutaj. Mój duch zrzucił piętno zrezygnowania.
- P O D S U M O W A N I E O G Ó L N E -
Ogółem, mimo tragicznego początku, rok dwa tysiące siedemnasty okazał się dla mnie niebywale urokliwą opowieścią, której nigdy nie zapomnę i do której na pewno nie raz wrócę. Prawda, że minione dwanaście miesięcy na początku wręcz straszyło swoim widmowym wizerunkiem, jednak po starannej, mozolnej kwarantannie- finalnie odzyskało aurę świetności. Nawet jeśli na starcie głównie traciłem, to w ogólnym rozrachunku odkryłem, że zyskałem znacznie więcej niż kiedykolwiek do tej pory. Złagodniałem, ale nie zmizerniałem i stanowczo nie odpuściłem sobie niczego. Podjąłem całą masę decyzji, lepszych i gorszych, a potem poniosłem konsekwencje tego wszystkiego. Przetrwałem i jestem wdzięczny. Wydobyłem na powierzchnię sens, który piękną kryzą otulił calutki bukiet doświadczeń zebranych w ciągu mojego trwania. Rozwinąłem się emocjonalnie, co dało mi przewagę nad dużą częścią lęków orbitujących gdzieś niedaleko mojej głowy. Znalazłem coś najlepszego. Mogę nawet pokusić się o wyznanie, że nabrałem ochoty na bycie tutaj.
- P O S T A N O W I E N I A N O W O R O C Z N E -
✨ 52 Books Challenge - obym był na tyle głodny, by zjeść aż pół setki książek [X] (tym razem zwaliłem całkowicie i zabrakło mi naprawdę sporo)
✨ 1 konwent - obym był na tyle nierozsądny, by znowu na jakiś pojechać [X] (niestety nie podołałem czasowo z racji pracy)
✨ replay - zamierzam stworzyć archiwum w postaci codziennego nagrywania 1-sekundowych filmików [O] (wyszło połowicznie, bo nie zawsze zdołałem nagrać filmik, ale przynajmniej braki zastępowałem zdjęciami)
✨ zdrowie - obym tylko nie miał ochoty umrzeć [O] (raz chciałem naprawdę mocno, ale ostatecznie uznałem, że nie trzeba)
✨ czysta aura - postaram się na dobre skończyć z sabotażem własnych uczuć [V]
✨ dancing machine - kontynuacja postanowienia z roku poprzedniego [V] (serio)
(podsumowanie z poprzedniego roku + upadate na końcu o rozliczenie z postanowień)
Na sam koniec chciałbym jedynie życzyć Wam i sobie tego, by od teraz głowy wydawały się względnie pełniejsze, a jednocześnie lżejsze. Dbajcie o swoje mięsne akwaria i kostne rusztowania, by Wasze rozumy nie musiały walać się gdzieś po podłodze, bo później nie będzie czego zbierać. Niech ten osiemnasty nie będzie dziurawym garnkiem, a po prostu piękną misą, w której później dane Wam będzie wyeksponować własne doświadczenia, byście mieli co podziwiać z zasłużoną dumą. Nie pozwólcie sobie na ignorowanie swoich uczuć i potrzeb, nawet tych malutkich. To istotne, ponieważ każdy kwiat zaczyna się od ziarenka (lub cebulki, czy tam szczepki, ale o morfologii roślin innym razem). Dbajcie o siebie i swoje ulubione istnienia.
Pomyślności. ✨
...a Tobie dziękuję oddzielnie. Nie znikaj w osiemnastym drugiego tysiąclecia.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz