✴ Wygląda na to, że tym razem sen zimowy naprawdę mnie zmógł, bo mimo tego, że jestem dość wytrwałą kreaturą- woń siedemnastego roku tego tysiąclecia poczułem dopiero teraz, po tygodniu od jej rzeczywistego pojawienia się w powietrzu. Ciężko stwierdzić, czy wyszło tak z racji tragizmu tego całego dwa tysiące szesnastego, czy może ostatnich wydarzeń, czy w ogóle może tylko przez moje własne niedbalstwo. Właściwie mniejsza z tym, bo przyszedłem tu, by uporządkować sprawy związane z nadejściem Nowego Roku i domknięciem tego, co dobiegło końca dokładnie dziewięć dni temu.
✴ Na wstępie chciałbym uprzedzić wszystkich zainteresowanych, że ubiegły rok był dla mnie okresem przepełnionym milionem absurdalnych zwrotów akcji, dlatego dalsze czytanie tego wpisu może wprawić Was w pewien dyskomfort. Sam czuję się trochę skołowany, gdy usiłuję odtworzyć w pamięci poprzednie miesiące i jakoś logicznie upiąć je w jedną, spójną opowieść. Już na wstępie wtrącę, że te podsumowanie nie będzie historią pełną metafizyki i odkryć na poziomie duchowym, bo... w gruncie rzeczy 2016 rok nie dał mi zbyt wielu chwil, by przystanąć i westchnąć sobie nad stertą melancholijnych rozważań o tym i tamtym. Minione dwanaście miesięcy to dla mnie raczej szybki zjazd na koślawych sankach z bardzo stromej górki, oczywiście wprost na ruchliwą autostradę.
- P O D S U M O W A N I E 2 0 1 6 - g o R O K U -
s t y c z e ń
Zaczęło się niepozornie, bez szczególnych wzlotów i upadków. Planowałem nawet iść na własną studniówkę i mało brakowało, a doszło by do tego. Miałem nawet zorganizowaną partnerkę, którą w dodatku lubiłem i rzeczywiście chciałem zabrać na bal i nie tylko na bal. Na moje nieszczęście (lub szczęście, jak się potem okazało) zabrakło mi oszczędności i studniówkowe plany legły w gruzach (relacja z niedoszłą partnerką również). Tę istotną noc (podobno istotną dla każdego przyszłego maturzysty) spędziłem na urodzinach znajomej, bo akurat wtedy wypadały i możecie mi wierzyć lub nie, ale właśnie wtedy też miałem okazję zjeść największą pizzę w swoim życiu. Poza tymi rewelacjami- w styczniu wyznaczyłem sobie też nowy zestaw postanowień noworocznych, ale o tym później.
l u t y
Grzechem byłoby nie zacząć od informacji, że właśnie wtedy zamknęli moją ulubioną księgarnię w mieście. Później ją na szczęście znowu otworzyli, co nie zmienia faktu, że i tak będę miał przez nich traumatyczne wspomnienia do końca życia. Tak czy siak, w rzeczywistości nie w głowie mi wtedy były książki, a przynajmniej nie takie, które naprawdę dawałyby mi te charakterystyczne chwile przyjemności z zaczytywania się w ulubione tytuły. Teraz nie mogłem już przeskoczyć tego całego ślęczenia nad podręcznikami (głównie z matematyki i biologii) i nadrabiania zaległości, które nagromadziłem sobie przez własne, wieloletnie lenistwo. Nie była to jednak szczególna panika, a konsekwentne, mozolne doczołgiwanie się do punktu "dobra, zdam maturę". Teraz, gdy przyglądam się temu z oddali- myślę, że to był pierwszy raz w moim życiu, gdy nauka przerastała nieco moje fizyczne możliwości. Mimo wszystko, trochę za tym tęsknię.
m a r z e c
Marzec przysporzył mi wielu kłopotów na tle zdrowotnym (tak samo ze strony fizycznej, jak i psychicznej). Poprawki z matematyki wyssały ze mnie naprawdę całą energię, a i oczywiście na rozszerzonej biologii nikt mnie nie oszczędzał. Raz w życiu mogłem śmiało przyznać, że nie wyrabiałem na zakrętach z tym ciągłym powtarzaniem materiału do kolejnych egzaminów w prawdziwie wymagającym maratonie. W tamtym czasie byłem naprawdę nerwowy, drażniło mnie chyba wszystko. Nie to, że stresowałem się maturą, bo już jako tako wierzyłem, że przebrnę przez nią w jakiś sposób. Głównym źródłem piętrzących się zmartwień były moje zawiłe relacje z pewną osobą, którą jakiś czas później odsunąłem od siebie. Zerwanie tej wieloletniej znajomości było nie tyle smutne, co po prostu uciążliwe, bo wiedziałem o tym, że jej rozpad jest nieunikniony, a jednak cały proces dłużył się w nieskończoność.
k w i e c i e ń
Ostatnia prosta w mojej karierze licealisty, którą odbyłem już naprawdę na trybie automatycznym. Uciążliwy wir nauki już tak wszedł w moją rutynę dnia powszedniego, że nawet nie byłem świadomy swego zmęczenia, co podświadomie przekładałem na moje relacje z innymi ludźmi. Ogółem, śmiało można mówić o mnie, że jestem osobą z reguły zdystansowaną do innych, zwykle nieprzywiązującą wagi do utrzymywania stałych relacji, ale w kwietniu minionego roku zacząłem naprawdę przechodzić samego siebie. Wtedy nie dogadywałem się naprawdę (nie przesadzam) z żadnym z ludzkich istnień na tym globie. Nawet później, gdy moje zdanie z przedmiotu, jakim była matematyka, stało się faktem- nadal odstraszałem od siebie nawet największych "miłośników" mojej osoby. Znacie takie uczucie, gdy po długim i wyczerpującym marszu zatrzymujecie się w docelowym punkcie i wierzycie głęboko w to, że osiągnęliście swój limit? Stoicie sobie i macie tę świadomość, że Wasze mięśnie nóg są tak nadwyrężone, że nie czujecie bólu nie z racji cudu, a właśnie przez to, że i na to nie macie siły. Wiecie też doskonale, że jedynym ratunkiem jest odpoczynek, a więc odciążenie narządu ruchu- trzeba usiąść i tu dociera do Was myśl, że dopiero teraz naprawdę zaboli.
m a j
Spotkała mnie matura i wszystkie doznania, które towarzyszą tej "przyjemności". Od początku byłem spokojny o część polonistyczną, a także o egzamin z języka polskiego. W sferze niepewności pozostawała jedynie przygoda z matematyką, z której całe życie nie mogłem popisać się niczym więcej niż podstawowym poziomem. Nie należę do tego typu ludzi, którzy umniejszają lub przeceniają swoje rzeczywiste możliwości w kwestii rezultatów rozmaitych testów. W przeciągu mojej edukacji- chyba każde pisanie klasówki (czy czegoś w tym rodzaju) kończyło się dla mnie tym, że już mniej-więcej czułem, czy mi poszło, czy może poległem. Z maturą z matematyki było jednak tak, że skończyłem rozwiązywać zadania i autentycznie nie miałem pojęcia, co teraz z tego wyniknie. Wiecie- to tak, jakbyście byli na imprezie, a potem nie mogli stwierdzić, czy się Wam ostatecznie podobało. Zresztą nieważne, wolałem się wtedy nad tym nie zastanawiać, bo najważniejsze, że w końcu mogłem odsapnąć i... Żart, nie dane mi było odpoczywanie. Pewne rodzinne spięcia doprowadziły do sytuacji, w której pod koniec miesiąca zostałem bez dachu nad głową. Jakiś czas zmuszony byłem do bujania się po zupełnie obcych domach.
c z e r w i e c
Wstępna fala upałów i pierwsza okazja, by wreszcie odpocząć od wszystkiego. Moja sytuacja związana z zakwaterowaniem jakoś się ustabilizowała, więc w końcu mogłem pozwolić sobie na nieco relaksu w postaci włóczenia się po zmroku to tu, to tam. Swoją drogą, ciepłe letnie noce są najlepszym, co może spotkać wiecznie zaniepokojonego czymś człowieka. Dwa metry pod ziemią, gdy moje ciało zacznie ulegać apetytowi rozmaitego robactwa- zgniłe mięso, którym kiedyś operowałem, będzie pamiętać przyjemnie stygnące powietrze, które owiewało je którejś z tych nocy.
l i p i e c
Jeśli kiedykolwiek mieliście okazję przejechać się zjeżdżalnią wodną, to pewnie wiecie o tym, że zwykle na początku sunie się powoli, a potem następuje nagłe przyspieszenie, a Wy jesteście gdzieś pomiędzy ekscytacją, a krztuszeniem się wodą, która naleciała Wam do gardła pod dużym ciśnieniem. Lipiec był dla mnie właśnie jak taka spiralna turbo-zjeżdżalnia bez trzymanki. Na początku miesiąca wydałem niebotyczną sumę monet na naprawdę niezdrową ilość książek o kosmosie, magii i innych ezo-dziwactwach, potem bardzo zaangażowałem się w całą tę gorączkę łapania pokemonów (z racji premiery Pokemon Go) i gdzieś po drodze przybyły mi w domu dwa (tym razem realne) zwierzątka, a później okazało się jeszcze, że zamieszkają ze mną także nowi ludzie. Wcześniej przyzwyczajony byłem do ciszy i spokoju, bo takie przywileje daje życie w samotności, a tu nagle trzęsienie ziemi, tsunami i tornado- z dnia na dzień stałem się kimś, kto dzieli małe mieszkanie z jeszcze czterema osobami. Cała ta sprawa wiąże się z naprawdę długim i skomplikowanym pasmem dość nietypowych wydarzeń, więc daruję sobie opowiadanie.
s i e r p i e ń
Wreszcie urzeczywistniły się moje dalekosiężne plany na temat spotkania z dość istotnym dla mnie człowiekiem. Dzień przyjazdu gościa zostanie w mojej pamięci zapewne dłużej niż mógłbym sobie dzisiaj wyobrazić, bo całe te wydarzenie i szereg kolejnych dni przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Długo odchorowywałem całość po późniejszym pożegnaniu i potrzebowałem wiele czasu, by zregenerować się psychicznie (ponieważ moja aspołeczna natura sprawia, że czyjaś dłuższa obecność całkowicie pozbawia mnie energii życiowej). Teraz, gdy przyglądam się temu w sieci własnych wspomnień- dochodzę do wniosku, że nie było to jedynie cenne spotkanie, a bardzo wartościowa lekcja. Zrozumiałem, że nie mogę wiecznie polegać tylko na rzeczach, które były dla mnie ważne w dalekiej przeszłości i które utworzył dla mnie ktoś inny, a nie ja sam. Nadszedł czas, by tworzyć własne "szczególne miejsca" i je pielęgnować.
w r z e s i e ń
Miesiąc impulsywnych decyzji, między innymi w sprawie tego, że fajnie będzie zapisać się na ostatnią chwilę do szkoły medycznej w sąsiednim mieście, najlepiej od razu na dwa kierunki. Poza rozpoczęciem edukacji policealnej, we wrześniu udało mi się też wybrać do Warszawy, czego nie zdołałem zrobić w lipcu (a tym samym przegapiłem Animatsuri). Ogółem, mój wypad do stolicy wiązał się z moim pierwszym pobytem na profesjonalnych targach kosmetycznych, co do teraz wspominam bardzo pozytywnie. Oprócz tych przyjemnych aspektów- wrzesień przyniósł mi również szereg pogmatwanych konfliktów.
p a ź d z i e r n i k
W październiku zacząłem na poważnie wkręcać się w świat kosmetologii, co poważnie wpłynęło na mój pogląd w kwestii osobistego operowania różnymi kosmetykami i dość gwałtownie obudziło we mnie chęć zatrzymania czasu (powstrzymania starzenia się ciała). Nauka na kierunku związanym z tymi rzeczami nie poszła na marne, bo o ile wcześniej chciałem jedynie podszkolić się w dziedzinie piercingu- później zyskałem sporo cennych wiadomości o chemicznych podstawach wielu preparatów kosmetycznych, a więc uzyskałem wartościową dla mnie wiedzę.
l i s t o p a d
Pierwsze poważniejsze plany w temacie drugiego w życiu spotkania z L., który po raz pierwszy zawitał u mnie w wakacje, a później dość gwałtowne poszukiwania nowej pracy, które niestety zakończyły się dla mnie fiaskiem. Listopad wyrył się w mojej pamięci jako czas niepewności, bo to właśnie na początku tego miesiąca zaobserwowałem u siebie dość niepokojące dolegliwości zdrowotne. Dość szybko zorganizowałem sobie wizyty w gabinetach kilku lekarzy, co w późniejszym okresie wywołało prawdziwy chaos w mojej rzeczywistości. Pierwsze wyniki, diagnozy, leczenie.
g r u d z i e ń
Ostatni i bardzo intensywny miesiąc roku dwa tysiące szesnastego. Minął właściwie niepostrzeżenie, w całości obfitował w przygotowania do pierwszych świąt od lat, których nie miałem spędzać samotnie. Zakupy, zakupy, organizowanie transportu dla L. i kolejne zakupy, więcej zakupów, dodatkowa porcja zamieszania związanego z przyjazdem L. oraz inne atrakcje tego typu, a później rzeczywista wizyta gościa, którego wyczekiwałem od dłuższego czasu.
- P O D S U M O W A N I E O G Ó L N E -
Rok dwa tysiące szesnasty był dla mnie czasem wyjątkowo dynamicznym, gdzie z osoby lubującej się w spokoju i cichych przemyśleniach musiałem stać się kimś, kto w sposób praktyczny radzi sobie z przeciwnościami. Nie mogę powiedzieć, że te nowości wyszły mi całkowicie na dobre i że przebrnąłem przez nie bez szwanku, bo wręcz przeciwnie- tempo tych wszystkich dni mocno mnie poturbowało i przegapiłem naprawdę wiele czasu, który dziś wolałbym spożytkować na zupełnie inne rzeczy niż wtedy. Zaniedbałem swoją sferę duchową, jakikolwiek rozwój artystyczny i poznawanie kultury, całą moją energię pożarła nauka i rozpaczliwe próby pozostania w pionie, mimo fizycznego wyczerpania. Mocno ucierpiały także moje relacje z innymi ludźmi, bo choć z natury często odcinam się od dużej ilości osób, to tym razem naprawdę utraciłem nad tym kontrolę i odsunąłem się nawet od tych, z którymi w rzeczywistości chciałem mieć jakiś kontakt. Powinienem również przyznać się do tego, że oczywiście zawaliłem czytelnicze wyzwanie, które sobie wyznaczyłem i wcale nie zmieniłem swoich złych nawyków żywieniowych (choć podjąłem dwie poważne próby).
Póki co, nad moim dwa tysiące szesnastym rokiem wisi gigantyczne widmo porażki, ale to niezupełnie tak, że nie miałem w nim dobrych momentów. Dużym sukcesem jest dla mnie to, że doszło do mojego spotkania z L. (a nawet do dwóch takich spotkań). Ponadto, zaliczyłem maturę- tak, nawet egzamin z matematyki i to nie na wymagane minimum punktów. Jestem też wyjątkowo usatysfakcjonowany językiem polskim, a w szczególności częścią ustną, bo trochę się jej obawiałem, a mimo wszystko ugrałem sto procent. Grzechem byłoby też nie wspomnieć o tym, że dorobiłem się swojego wymarzonego kolczyka w wardze (wcześniej ciągle to odkładałem aż pewnego zimowego popołudnia wstąpiłem do kosmetyczki zupełnie spontanicznie i oto jest).
Nie chcę stawiać negatywnego wyroku na minionych dwunastu miesiącach, bo w końcu jakoś je przeżyłem, więc ciężko skwitować ten cały cykl jako coś przegranego. Myślę, że było ciężko, ciężej niż wcześniej, ale okazuje się, że jednak moja siła była ponad tym (ledwo). Co prawda nie jestem usatysfakcjonowany, dumny z siebie, ale grunt, że w ogóle przebrnąłem.
- P O S T A N O W I E N I A N O W O R O C Z N E -
✴ 52 Books Challenge - no cóż, nic dodać i nic ująć, zwyczajnie chcę przeczytać te 52 książki [X] (zabrakło mi dosłownie czterech pozycji, dlatego jeszcze nie będę się linczował)
✴ 1 konwent - w tym roku naprawdę, naprawdę mam zamiar pojechać na choć jeden konwent, bo zdziczeję do reszty [V]
✴ dancing machine - ten punkt brzmi bardzo absurdalnie, co doskonale odnosi się do równie absurdalnego poziomu moich zdolności tanecznych, który chciałbym podciągnąć choć trochę wyżej [V] (nadal mam ruchy paralityka)
✴ zdrowie - tradycyjnie, zamierzam podjąć kolejną próbę poprawienia jakości funkcjonowania własnego organizmu [O] (momentami o siebie dbałem, ale to jeszcze niekompletne zwycięstwo, cel zrealizowany połowicznie)
✴ highlight - zawalczyć o mniej unikania zewnętrznego świata [V]
(podsumowanie z poprzedniego roku + upadate na końcu o rozliczenie z postanowień)
✴✴✴
Sądzę, że to by było na tyle. Na koniec chciałbym jeszcze napisać, że życzę sobie i Wam dodatkowych pokładów energii, byśmy nie dali się zatopić w mętnych wodach siedemnastego roku tego tysiąclecia. Mam nadzieję, że wszyscy znajdziemy dla siebie komfortowe miejsca pośród tych 365 dni i przeżyjemy swoje w zgodzie z własnymi myślami i resztą wszechświata. Niech będzie to rok spokojnego egzystowania obok innych istnień, rok rozsądnego rozwiązywania konfliktów i pracy nad własnym ego (bez względu na to, czy jest ono przerośnięte, czy raczej niedożywione). Obecnie stykamy się z dosyć ciężkimi czasami, jednak mam nadzieję, że nie damy się wepchnąć w szaleństwo.
Powodzenia.



Nie chcę psuć Ci tego wpisu aż tak bardzo, więc napiszę tylko, że kocham Cię najmocniej.
OdpowiedzUsuńL~
Powodzenia i Tobie, przede wszystkim w sferze kulturalnej i hobbystycznej. Szczególnie zainteresowało mnie Twoje postanowienie o tańcu, o ile można to w ogóle nazwać "zainteresowaniem". To coś bardziej w stylu bycia zaskoczonym, dlatego właśnie nawiązując do tego postanowienia życzę Ci nieskończonych pokładów motywacji i żeby los okazał się na tyle uprzejmy, byś w spokoju mógł oddawać się właśnie temu zajęciu. Mam nadzieję, że ten rok będzie dla Ciebie w miarę spokojny, bez żadnych wielkich zawirowań, a jeśli już, to tylko takich w pozytywnym sensie. No i też koniecznie dbaj o siebie, bo tego nie może zabraknąć, żeby sobie prawidłowo i spokojnie egzystować.
OdpowiedzUsuńWłaściwie...gdybym miał tak krótko określić, jakiego życzę Ci roku, to mam nadzieję, że będzie on piękny niczym zapach maciejek.
Dwa tysiące szesnasty, dwa tysiące siedemnasty, frajerze.
OdpowiedzUsuń~Twój arcywróg wróg
Spokojnie, już naprawiłem.
Usuń